Po kilkugodzinnym nicnierobieniu na lotnisku w Sharjah (Zjednoczone Emiraty Arabskie), pora ruszyć tyłek i udać się w kierunku bramek. Nie wiem kto wymyślił takie idiotyczne połączenie tj. security check z bramką, ale kolejka przed tym jest tak długa, że chyba do samolotu wsiądziemy na styk.
Ok, udało się przejść kontrolę bezpieczeństwa, do odlotu mamy 15 minut, więc zdążyliśmy. Pokazujemy bilety, proszą o wizę której jeszcze nie mamy. Aplikowaliśmy o e-wizę z Iranu i mailem otrzymaliśmy informacje o pozytywnym rozpatrzeniu naszych wniosków oraz dokumenty do wydrukowania. Znalezienie miejsca z drukarką w Isfahanie też było przygodą 😉
Na prośbę o wizę dajemy nasze wydruki, pani z Air Arabia krzywi się i prosi, żebyśmy poczekali z boku, gdzieś tam dzwoni a my obserwujemy jak ostatni pasażerowie mają sprawdzane bilety i udają się do rękawa z którego wchodzą na pokład.
Pozostało 10 minut do odlotu, więc pytamy kontrolnie czy wszytko ok? Tak, jest ok, czekajcie. No to czekamy. Na 5 minut przed odlotem przybiega jakiś chłopak z dwoma kartkami, gdzie są nasze zdjęcia i jakieś inne informacje.
To właściwe ETA – dokument stwierdzający że w kraju do którego się wybieramy, nas chcą 😉 Nasze wydruki z maila podobno nie były wystarczające, chociaż w samym mailu było wyraźnie napisane żeby go wydrukować i okazać…
Sytuacja ze Stambułu się powtarza – wsiadamy do samolotu jako ostatni i za nami zamykają się drzwi.
„Siadajcie na swoich miejscach, za chwilę startujemy.”
Na jednym z naszych miejsc (przy oknie) siedzi sobie w najlepsze hindus. Siedzi, wpieprza orzeszki i się z nas śmieje. Na szczęście próbuje nas częstować, więc wybaczamy mu że zajął nasze miejsce. Po prostu siadamy obok, na dwóch ostatnich wolnych fotelach, zapinamy pasy i odfruwamy!
Udane lądowanie
Po 2.5 godzinach lotu lądujemy. Dodając 2 godziny wynikające z innej strefy czasowej, mamy 2:20 w nocy czasu lokalnego. Dobrze że na lotnisku jest darmowe WiFi, dzięki temu możemy odebrać maile (np. z hostelu) i zabić trochę czas.
Pomimo, że doba w hostelu zaczyna się o 12, to zgodzili się na to żebyśmy byli wcześniej – tj. o 7, jednak niepokoi nas dopisek w mailu, dotyczący wymaganego poświadczenia małżeństwa… Tego nawet w „zacofanym” Iranie nie wymagano!
Dzięki WiFi pobieramy plan metra, określamy trasę dotarcia do hostelu i wyznaczamy godzinę wyruszenia.
Szczęśliwej drogi, już czas!
Ok, czas się zbierać. Opuszczamy lotnisko i od razu zostajemy napadnięci przez tłum panów oferujących przejazd w najlepszej cenie, każdym możliwym środkiem transportu począwszy od rowerowej rikszy a skończywszy na odrzutowych saniach świętego Mikołaja. Od teraz niezmierzoną ilość razy będziemy używać stałej kombinacji słów: No, thank you!
Po przedarciu się przez tłum oferentów, wchodzimy na stację metra, z której dotrzemy w okolice hostelu i potem jeszcze tylko spacerkiem około półtora kilometra, więc luz 🙂
Zamieszki i policyjne zapory
Wynurzamy się ze stacji metra na powierzchnię. Jeszcze chwilę musimy poczekać, aby GPS złapał sygnał, bo będziemy z niego korzystać aby dotrzeć na miejsce. Ok, idziemy. Po kilkuset metrach dochodzimy do policyjnych zapór z napisem POLICE, przy których stoi pan i prosi nas o bilet.
„Jaki znowu bilet?!?!”
Tłumaczy nam, że poprzedniej nocy w centrum były duże zamieszki pomiędzy muzułmanami a hindusami, kilkanaście tysięcy ludzi się tłukło i policja ledwo sobie poradziła, dlatego ze względu bezpieczeństwa musimy mieć jakieś potwierdzenie z hostelu, a jak nie możemy od nich dostać to żebyśmy szli do informacji turystycznej i oni nam wszystko wytłumaczą. Ok, idziemy drogą okrężną w takim razie.
„Piękny” poranek w stolicy
Mijamy niezliczoną ilość tuk tuków, rozkładających się stanowisk „gastronomicznych”. Biegają psy, chodzą wychudzeni ludzie. Idziemy… Po drodze spotykamy pewnego pana, który zmierza do pracy – prowadzi szkołę jogi i pochodzi z Radżastanu. Pytamy o zamieszki, potwierdza i doprowadza nas do… informacji turystycznej. No dobra, niech będzie! Wchodzimy i uśmiechnięci panowie biegną czym prędzej do nas, aby nam pomóc.
Po paru próbach wciśnięcia nam wycieczki dowiadują się, że chcemy tylko mapę. Okazuje się, że ich stan magicznie został wyczerpany podobnie jak początkowy entuzjazm obu panów 😉 Wychodzimy stąd, bo nie ma sensu siedzieć. Do hostelu już niedaleko – chociaż zrobiliśmy co najmniej trzykrotność tego co było planowane.
Po drodze mijamy ludzi mieszkających na ulicy. Niektórzy jeszcze śpią nakryci brudnymi kocami i gazetami, inni dopiero co się kładą spać, a i znajdą się tacy których stan nie pozwoli im się podnieść już nigdy…
Z precyzją i szybkością, której nie powstydziłyby się moje siostrzenice, uprawiamy slalom-gigant przez pozostałą drogę do naszego miejsca odpoczynku, omijając psie i ludzkie gówna, plamy oleju i moczu, inne wydzieliny, graty różnego rodzaju oraz niezliczoną ilość śmieci, która niczym dywan zaściela każdą wolną przestrzeń.
Ostatni odcinek to już zupełna jazda bez trzymanki – tzw. droga nieutwardzona, czyli błoto (bo trochę padało) oraz dużą ilość kałuż, gnijących odpadków i zużytych plastikowych opakowań, po których mieszkańcy radośnie śmigają w klapkach lub na boso.
Czegoś tu jeszcze brakuje…
Mi się włącza głupi humor, więc komentuję sytuację, aby rozładować trochę stres wynikający z tego, co zobaczyliśmy – a zobaczyliśmy obraz nędzy i rozpaczy! Chyba każdy z nas w życiu miał taką sytuację, kiedy to po fakcie zorientował się, że wcześniej czegoś mu brakowało, ale nie był tego świadomy… No i tak samo teraz właśnie się poczuliśmy! Wychodząc zza rogu zobaczyliśmy ją. Od razu dotarło do nas, że jest odpowiedzią na dotąd niezadane pytanie 😉
To ona, biała w czarne łaty niewiasta! Niczym się nie przejmując stała sobie na ulicy i pożerała jakieś śmieci, zostawiając za sobą wspaniałe wodniste placki, które mieszając się z wodą, rozpryskiwały się pięknie dookoła, kiedy tylko jakiś pojazd na nie najechał.
I wszytko to w dwudziestokilkumilionowym mieście, stolicy dużego kraju…

„Gdzie my jesteśmy?”
Jest 9 stycznia 2020 roku. Witamy w Delhi, stolicy pięknych, radosnych i kolorowych Indii! 😉
No cóż stolica Indii nie przywitała Was zachęcająco , ale jak się mówi „co was nie zabije to was wzmocni”.Pozdrawiam serdecznie.❤️