Po dotarciu do terminala Kaveh w Isfahanie, zachwycamy się jego doskonałą organizacją (chętnie byśmy sobie życzyli jak najwięcej takich w kraju nad Wisłą). Tablica z rozkładem jazdy w formie elektronicznej zawierająca również informację o tym który przewoźnik realizuje dany przejazd. Takie rozwiązanie znacznie przyspiesza kupno biletu, bo wiemy od razu do którego okienka podejść. Każdy przewoźnik ma osobne stoisko, a terminal podzielony jest na sektory, więc panuje tu porządek.
Gdzieś w szczerym polu
Po niespełna 7 godzinach jazdy w kierunku południowo-wschodnim i przebyciu około 300 kilometrów, autobus kończy swą misję. Wysiadamy na dworcu, którego chyba dalej od cywilizacji nie dało się wybudować. Jakaś cholerna pipidówa, gdzie wiatr zawraca! Nawet lotnisko jest bliżej centrum!
Jednak nie przyjechaliśmy tu, aby narzekać. Trzeba jakoś z tobołkami dostać się do naszej miejscówki, która znajduje się na starym mieście. Zaczepiamy młodego chłopaka i pytamy czy w kierunku centrum możemy się ewakuować jakimś lokalnym busem.
„No bus, only taxi”. Tak tak, jasne 😉 Nie ma tak dobrze, taxi (choć kosztuje maksymalnie 6zł) łapiemy dopiero, gdy nie będzie innej opcji. Owa opcja pojawia się dokładnie po tym, kiedy zdecydowałem się obrócić o 180 stopni. Podjechał! Nowy, lśniący, biały autobus, wyprodukowany gdzieś na przełomie lat 80/90-tych.
Skoro on tu stoi, to znaczy że również stąd odjeżdża – raczej na większe zadupie już nie pojedzie. Podchodzimy do kierowcy i pytamy czy jedzie do centrum i ile bilet (pytanie polega na wypowiadaniu kilku słów, które mogą być zrozumiałe oraz wymachiwaniu rękami i pokazywaniu na kasownik). Dowiedzieliśmy się że: „city center yes” i za dwa bilety zapłacimy 20.000 IRR (około 60 groszy – po nieofcjalnym kursie). Wsiadamy i od razu stajemy się atrakcją rozklekotanego wehikułu. Niczym małpkom w cyrku, robią nam zdjęcia i zagadują skąd jesteśmy. Może pojawimy się na jakimś irańskim instagramie 😉
Zatrzymujemy się na jakim węźle przesiadkowym i pan kierowca krzyczy: „Hej mister…”, machając rękami. To oznacza, że musimy wysiadać bo to koniec jazdy. Jesteśmy zdecydowanie bliżej, ale jeszcze do celu pozostało około 2,5km. Wysyła nas do jakiejś budki, gdzie inny pan włączył Google Tłumacza, prosi nas żebyśmy mówili do telefonu, a on sobie przetłumaczy na swój język i powie w który autobus mamy wsiąść, aby dojechać do celu. Pomimo wielokrotnych prób, nie możemy się dogadać, więc podejmujemy decyzję że dalszą część trasy pokonamy pieszo 🙂
Ulepione z gliny
Po przejściu wzdłuż kilku ulic oraz pokonaniu paru wąskich i krętych uliczek starego miasta, z małą pomocą pani z kawiarni, docieramy do celu. W drzwiach wita nas sympatyczny pan Reza, który prowadzi „Good Feeling Hostel” – miejsce naszego odpoczynku. Jak cała reszta okolicznych budynków, ten również wybudowany jest z gliny i słomy – nasz pokój ma bagatela 300 lat. Suma rocznych opadów deszczu w tych okolicach to około 60-70mm, więc glina ma się dobrze!
Pustynne miasto Jazd
Znajdujące się w oazie, u podnóża gór Kuh-e Rud miasto liczy sobie około 500 tysięcy mieszkańców. Położone jest na styku Wielkiej Pustyni oraz Pustyni Lota (Lut) co w połączeniu ze niewielkimi opadami i temperaturą oscylującą w okolicach 60 stopni C, powoduje, że o wodę tutaj nie jest łatwo. Zmusza to mieszkańców do pozyskiwania tej życiodajnej cieczy z pobliskich gór.
Dzięki odosobieniu oraz nieprzyjaznemu pustynnemu otoczeniu, miastu udało się uniknąć wielu zniszczeń w wyniku wojen toczących się na pobliskich terytoriach.
Wracając jeszcze do tematu wody, bo bez niej nie dałoby się funkcjonować. Mieszkańcy znaleźli sposoby jej pozyskiwania z gór i dostarczania do miasta i okolic poprzez kopalne pod ziemią kanały (quanaty). Powstało nawet muzeum poświęcone temu tematowi.



Świątynia Ognia (Fire Temple, Dar-e Mehr)
Należy zacząć od przybliżenia Zoroastrians (Zaratusztrian), którzy uważani są za najstarszą monoteistyczną religię, wywodzącą się z wierzeń ludów indoeuropejskich zamieszkujacych tereny Iranu. Jest bardzo prawdopodobne, że to właśnie z nich czerpało chrześcijaństwo (istnienie piekła i nieba, mesjanizm, równowaga dobrych i złych uczynków). Zaratusztrianie uważali za święte żywioły, w szczególności ogień. Istotnie w budynku przybliżającym obyczaje wyznawców tej religii, płonie ważny dla wyznawców płomień. Nie byle jaki, gdyż rozpalono go ponad półtora tysiąca lat temu i nigdy nawet na chwile nie zgasł.
Wieże milczenia (Towers of Silence, Dakhmeh)
Po wyjściu ze Świątyni Ognia, oddalamy się znacznie od jej głównego wejścia. Będziemy łapać taksówkę, która zawiezie nas do miejsca szczególnego. Tym miejscem jest… cmentarz… 😉
Po kilku próbach, udało nam się złapać żółte auto z napisem „Taxi”. Pan kierowca wysiadł i skorzystał z grzeczności pewnych młodzieńców, którzy stali niedaleko. Poprosił ich o przetłumaczenie tego, co my do niego mówimy. Cel dogadany, teraz pora na ustalenie ceny za przejazd. Chłopak mówi „fifty thousants” – co należy rozumieć jaki 50.000 tomanów (500.000 IRR). Nasza reakcja była natychmiastowa – nie, to za dużo! Poprawił się: „fifteen” – czyli 15.000 tomanów. Tak jest ok, cena jest dobra – zgadzamy się. Kierowca chyba nie do końca znał drogę, bo pytał innych kierowców, a oni mu podpowiadali. Liczą się chęci 🙂 Mimo to trochę był spięty jak nas wiózł. Do dziś się zastanawiamy czy to była taksówka czy też może zatrzymaliśmy jakiegoś przypadkowego kierowcę, który jak przystało na Irańczyka, nie odmówił. Niezależnie od tego, cel osiągnęliśmy 🙂
Po wejściu na teren nekropolii nie widzimy żadnych grobów, bo Zoroastrianie w zupełnie inny sposób organizowali pochówek.
Zcznijmy przede wszystkim od położenia takich miejsc – były one w sporej odległości od terenów mieszkalnych (kilka-kilkanaście kilometórw). Podyktowane to było faktem, iż starano się uniknąć rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, których nosicielmi mogli być zmarli. Z tego samego również powodu zwłoki nie były grzebane w ziemi – aby ewentualne choroby nie przedostawały się do gleby i z (niewielką, ale jednak) ilością opadów atmosferycznych, nie skażały okolicy.
Nie było również mowy o spaleniu zwłok. Ciało po śmierci było tylko ciałem i niczym więcej, a jak wspomnieliśmy ogień dla Zoroastrian był czymś świętym. Palenie zmarłych byłoby jego bezczeszczeniem.
Jak zatem rozwiązywano problem zmarłych? Na szczytach gór budowano kamienne wieże z płaskim dachem, który podzielony był na trzy kręgi – zewnętrzny przeznaczony na zwłoki mężczyzn, w środkowym składowano kobiety, a wewnętrzny przeznaczony był dla dzieci. Zmarłymi zajmowały się sępy, w których ślinie znajdował się enzym neutralizujący wszelkie patogeny. Ptaki te nie roznosiły swojej zdobyczy lecz żywiły się nią w miejscu, w którym ją znalazły, co najwidoczniej wystarczyło jako „szacunek” okazywany zmarłym. Zresztą wydaje się, że podniebne pogrzeby nie były rozpaczliwym epizodem w życiu mieszkańców, a raczej domknięciem odwiecznego cyklu odradzania się w lepszym życiu.
Po około roku ekspozycji zwłok, pozostałe kości umieszczane w ossuarium (którego funkcję pełniło wnętrze wieży) po czym przykrytwane były wapnem i sokiem kwaśnych owoców w celu szybszego ich rozkładu. W okolice i do wieży mieli wstęp tylko nessalars (grabarze), którzy mieszkali na terenie cmentarza. Dbali oni zarówno o aspekty religijne, jak i sanitarne.
Miłym bonusem był również widok z góry, na całą okolicę 🙂
Wielki meczet w Jazd
Pierwsze podejście skończyło się na stanowisku sprzedaży biletów. Już się przyzwyczailiśmy, że cena wstępu dla miejscowych to np. 10.000 – 50.000 IRR, a dla turystów to stałe 500.000 IRR.
Nie jest ważne czy to jest super atrakcja czy też coś mniej wartego wydania pieniędzy, zazwyczaj cena wynosi pół bańki irańskich riali i nie ma że boli. Tym razem również tak było, więc owe pierwsze podejście zakończyło się obrotem na pięcie.
„Tak właściwie to widzieliśmy już dużo meczetów, więc kolejny będzie podobny. Nie ma sensu wydawać kasy” – takie słowa wyszły z naszych ust, kiedy wchodziliśmy do punktu sprzedaży książek, w którym sprzedający próbował nas przekonać, że jest nam potrzebna książka i musimy jakąś kupić, najlepiej kieszonkowe wydanie Koranu.
Zamiast książki nauczyliśmy pana kilku słów po polsku i ten fakt podniósł poziom naszej przyjaźni o kilka kresek na skali 😉 Nie trzeba było już kupować książki i wszyscy byli szczęśliwi.
My byliśmy jeszcze bardziej, kiedy okazało się że budka z biletami jest pusta, więc wbijamy do meczetu „na krzywy ryj”. Niestety radość nasza nie trwała długo, bo przyszedł pan od biletów i zapytał: Do you have ticket?
Udaję coś, że szukam, ale to było pytanie retoryczne – on wiedział, że nie mam.
And your wife?
Co prawda to nie wife, ale nie będę tłumaczył mu tego. No w każdym razie biletów nie mamy, wiec musimy kupić. Nie udało się zaoszczędzić, ale przynajmniej pora dnia sprzyjała i udało się zrobić kilka nastrojowych fotek.
Krótka przygoda z Jazd
Początkowo (podczas pieszej wędrówki do hostelu) Jazd wydawał się być powtórką Teheranu. Podobne ulice, podobny ruch, itp. Strach przed Teheranem kazał nam z Jazd się szybko ewakuować. Po wkroczeniu na stare miasto było lepiej, a na drugi dzień już bardzo przyzwoicie więc „daliśmy się zgubić” w plątaninie uliczek.
Ostatecznie miasto się obroniło, zobaczyliśmy jego dobre oblicze i dostrzegliśmy ukryty potencjał. W naszym rankingu chlebów, wypieki z Jazd zajęły najwyższe pozycje. Udało nam się znaleźć piekarnię, której chleb poddaliśmy śniadaniowym testom.
Kiedy już dostajemy parzący w palce chleb, bardzo szybkim krokiem podążamy w kierunku ukrytego zaułka, aby rozpocząć testy 🙂
No i tak to kończymy przygodę z Jazd. Pan Reza, pochłonięty po sezonowym remontem, zamawia nam Snappa (irański odpowiednik Ubera), który za równowartość ok. 0.5 EUR, dowozi nas w szczere pole, gdzie znajduje się terminal autobusowy. Jedziemy dalej, na południe!
Piękne te zdjecia meczetu!
Ciekawa jestem czy Małgosia cały czas musi chodzić w huście na głowy czy jest to wymagane tylko w miejscach kultu?
Pozdrowienia
W Iranie niestety wszystkie kobiety muszą w publicznyc miejscach być zawinięte. W wielu meczetach jest tak, że kobiety mają osobne wejście.
Piotruś 🤗 powodzenia w drodze i milionów horyzontów spojrzenia. Sylwia Toruń KWA 💙
Powodzenia. Pozdrawiam Was. Jola z Ciechocinka