W końcu przyszedł moment, kiedy musimy się pożegnać z naszym pokojem zbudowanym ze słomy i gliny. Pan Reza zamawia nam Snappa (taki irański Uber), którym dostaniemy się do terminala autobusowego (tego na zadupiu, gdzie psy dupami szczekają 😉 ) Aplikacja szuka kierowcy i pokazuje cenę za przejazd. Wyszło 69.000 IRR (niecałe 0.5 EUR – śmiesznie tanio!) Dotarliśmy na dworzec autobusowy, odbieramy bilet i w drogę!
Autobusy są fajne, bardzo wygodnie można przyciąć w nich komara, rozkładając sobie fotel.
Mają jednak jedną zasadniczą wadę – brak kibelka (swoją drogą gdyby nawet posiadał takie udogodnienie, to czy było ono normalne czy w irańskim stylu? ;)). Owa wada wielkim problemem nie jest, o ile kierowca wykazuje chęć zrobienia przerwy w trasie… Tym razem tego nie zauważamy, więc idę do niego i proszę o „toilet”. Kiwa głową i pokazuje pięć palców. Czy to znaczy, że mam sikać na rękę? Eeee, nie, chyba chodzi o to, że za 5 minut się zatrzyma!
Mamy postój! Sądząc po tym, ile ludzi wybiegło z autobusu, wychodzi na to, że udało się uratować przed cierpieniem wiele niewinnych stworzeń 😉
Prawie u celu, ale jeszcze nie całkiem
W Shiraz wysiadamy z busa i dosłownie w ciągu krótkiej chwili osaczają nas panowie, oferując przewóz do hotelu lub całodniowe wycieczki w dobrej cenie. Próbujemy negocjować dobrą cenę. Chłopak (kierowca) mówi, że do centrum zawiezie nas za 100.000 IRR (około 0.7 EUR) i prosi o adres. Po otrzymaniu adresu (w centrum), cena rośnie do 150.000 IRR, bo tam jest dużo korków, itp. Chociaż różnica niewielka, to dla samej zasady nie zgadzamy się. Skorzystamy z metra za 1/4 tej ceny, a resztę piechotą – dobrze nam zrobi „smogowy” spacerek po długiej podróży.
Pozytywni gospodarze
Dzwonimy domofonem, drzwi na klatkę się otwierają więc wchodzimy na piętro, gdzie wita nas uśmiechnięta Mehrane. Wraz ze swoim mężem Mahmoudem, prowadzą guesthouse w którym przygarniają podróżnych. Powitanie herbatą i irańskim przysmakiem, trochę rozmawiamy aby lepiej się poznać, jednak komuś zaczyna burczeć w brzuchu, więc Mahmoud idzie do sklepu który jeszcze jest otwarty (ok. godziny 23:30) i wraca z noodle’ami (u nas znane jako „Zupka chińska”). Przy okazji dokonujemy transkulturowej wymiany doświadczeń, pokazując że zupkę można rozkruszyć przed zalaniem wrzątkiem 🙂
Zaczynamy odliczanie do północy, która sprawi, że na naszych zegarkach dni zaczną liczyć się od nowa. Nadszedł rok 2020, u Irańczyków nadal 1398, a nowy będzie 21 marca. Jeszcze niedawno nie sądziliśmy, że to wydarzenie przyjdzie nam świętować w irańskim mieszkaniu, przy zupce chińskiej 😉
Gosia korzysta z okazji i uczy się farsi. Na pierwszy rzut poszło jej i moje imię, pisane zawijasami od prawej do lewej. Ta nowa umiejętność sprawia, że jednogłośnie stwierdzamy, iż może zostać już tłumaczem przysięgłym j. perskiego 😉
W końcu przychodzi zmęczenie, pora odpocząć bo nazajutrz (właściwie to już dziś), od rana będziemy krążyć po mieście i zwiedzać.
Różowy meczet (Masjed-i Nasir al-Mulk, Pink Mosque)
Już na samym początku należy powiedzieć, iż nazwa tego przybytku jest myląca. Z kolorem różowym ten meczet ma tyle wspólnego, ile z żółtym, czerwonym, zielonym czy niebieskim. Zrobiliśmy swoje własne śledztwo i wynikło z niego, że prawdopodobnie nazwa „pink” została zastosowana jako zamiennik „rose” (róża). W tym przypadku zmienia to znaczenie i powoduje że określenie „różowy” mija się z prawdą. Śledztwo wykazało, że „Różany meczet” byłoby trafniejsze, bo akurat ma to coś wspólnego z prawdą – wewnątrz można dostrzec tysiące motywów związanych z tym kwiatem.
Jego budowę rozpoczęto w 1876 roku, czyli jak na perskie warunki to współczesny „świeżak”. Meczet budowano w okresie, kiedy Europejska kultura stawała się coraz bardziej popularna w Iranie, co wpłynęło również na wygląd meczetu (np. przedstawienia zachodniej architektury na kafelkach wewnętrznych ścian czy jasne motywy kwiatowe zamiast turkusowych kształtów geometrycznych)
Kolejnym elementem, którego obecność powoduje, że obiekt jest szczególny, to olbrzymie wielokolorowe witraże. Stosowane były raczej w kościołach a nie meczetach. W połączeniu z porannym słońcem, daje niesamowity efekt w postaci tęczowych kolorów wewnątrz. Niestety zdjęcia nie są w stanie oddać tego, co można zobaczyć będąc tam… Nic dziwnego, że od wschodu słońca ustawiają się tam kolejki fotografów.
Shah Cheragh
Znane również jako Mauzoleum Króla Światła. W ten sposób określony został Sayyed Mir Ahmad – był on jednym z siedemnastu braci Imama Rezy. W 835 został on w tym miejscu brutalnie zamordowany.
Wejście jest darmowe, ale jako przybysze z „innej planety” (inne wyznanie), musimy mieć opiekuna. Gosia od pana z budki dostaje słuchawkę telefonu stacjonarnego i ustala, że mamy przyjść po 14 (czyli mamy niecałą godzinę). Idziemy zatem szwendać się w okolicach bazaru, może coś znajdziemy (i znaleźliśmy, ale o tym trochę później).
Jest sporo po 14, więc grzecznie czekamy przed wejściem na osobę, która nas odbierze i wprowadzi do srodka. Razem z nami jest jeszcze dwie panie z Portugalii oraz zakręcony Japończyk 😉
Od razu zwracają nam uwagę, że do środka nie możemy wnosić aparatów (dużych), a tam gdzie to dozwolone, możemy robić zdjęcia telefonem. Telefon ma swoje ograniczenia, więc warto spróbować wnieść aparat (mały, ale wariat… 😉 ), więc upewniamy się że na pewno jest ok – nasz jest ok!
W środku już ze zdjęciami nie można było tak bardzo szaleć, bo to miejsce święte (Holy Shrine), więc należało uszanować prośbę przewodniczki.
Na tym rola naszej muzułmańskiej opiekunki zakończyła się. Możemy wychodzić na zewnątrz albo zostać na terenie kompleksu, byle nie wchodzić do świątyń i samego mauzoleum. No to ok, zostajemy. Fajne miejsce, posiedzimy, później pochodzimy po marmurowym dziedzińcu…
Gosię coś lekkie zmęczenie wzięło, więc wzorem tubylców, znalazła sobie miejscówkę na spoczynek a ja poszedłem robić zdjęcia obiektów, pod każdym możliwym kątem 😉
Idę sobie i obserwuje, że perskie oko mnie śledzi 😉 Obrotowa kamera jakoś dziwnie za mną podąża… oj, chyba ktoś mną się interesuje, więc pobawimy się! Przyspieszę, za chwilę trochę zwolnię… albo schowam się gdzieś, itp. może znajdą inny obiekt. Niestety nie! Nie odpuszczają. Nagle pojawia się ładnie ubrany pan z szarfą na której widnieje napis „Foregin affairs”, podchodzi witając mnie szerokim uśmiechem.
Kto mnie tu wpuścił? Dlaczego jestem sam? Ochrona zgłosiła że mam profesjonalny aparat, który tu jest zabroniony i parę innych, mniej istotnych pytań.
Weszliśmy z przewodnikiem, jestem sam bo przewodnik (przewodniczka) zakończyła oprowadzanie i powiedziała nam że możemy zostać. Aparat mam taki jak widać.
Pan zobaczył aparat i powiedział coś przez radio. Wszystko jest ok i nie ma problemu. Widocznie musiałem przykuć uwagę gości z ochrony 😉
Po tym pogadaliśmy trochę, okazało się że ma kolegę w Polsce i chce go odwiedzić. A tak ogólnie to Szczęśliwego Nowego Roku i jak będziesz stąd wychodził, to nie zapomnij żony, która tam śpi na podłodze 😉 I przyjdźcie tu jeszcze po zachodzie słońca, bo warto!
Nazajutrz wspólnie odwiedziliśmy to miejsce – tym razem wieczorową porą. Prawdą jest, że wygląda zupełnie inaczej niż w słoneczny dzień!
Khan School
Podczas szwendaczki, którą urządziliśmy sobie po to, aby zabić czas (oczekiwanie na przewodnika w Shah Cheragh), natrafiliamy przypadkiem na ciekawy budynek. Wchodzimy? Dawaj!
Odpalamy mapy google (offline) – podpisane jest „Khan School”. Nie wiemy czego się spodziewać, Khan to popularne nazwisko (taki nasz Kowalski). Po przekroczeniu drzwi, nadziewamy się na pana, który mówi że wejście kosztuje 100.000 IRR za osobę (tzn. 3 zł). Po zapłaceniu odsuwa jakąś wielką dechę, która chyba pełni funkcję drzwi, i mówi że możemy wchodzić.
Na środku całkiem przyjemny dziedziniec, który porasta wiele drzewek pomarańczowych – widząc je, uaktywnił mi się gen szabrownika i nie mogłem się powstrzymać od tego aby nie spróbować jednego owoca 😉 Miejsce dzieki swojemu odosobnieniu, dało nam chwilę „ogrodowego” odpoczynku od miejskiego zgiełku.
Po obchodzie szkoły wracamy do Shah Cheragh, aby go obejrzeć, ale to już opisywaliśmy 😉
Na zakończenie dnia wracamy do mieszkania naszych gospodarzy, aby podzielić się wrażeniami, podyskutować o tym co się wokół nas dzieje, itp… oraz odpocząć przed jutrzejszą wizytą w Persepolis.
Północ czy południe. Gdzie mamy jechać?
Mehrane z Mahmoudem kuszą nas. Mówią żebyśmy jechali na południe, do Bandar-e Abbas a potem promem na wyspę Qeshm oraz Ormuz – obie znajdują się w Zatoce Perskiej, w cieśninie o tej samej nazwie. Wizja zamoczenia się w ciepłym morzu i wystwienia ciała na słońce jest ciekawa. Niestety nie zdecydujemy się, bo zostało nam tylko cztery dni w Iranie (z powodu opisanego tutaj, mamy wylot 7.01), dodatkowo trochę kiepsko z kasą a pójść do bankomatu i wybrać nie możemy. Wracamy na trzy dni do Isfahanu, bo jest w połowie drogi a ostatnią noc spędzimy w ulubionym Teheranie 😉

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z naszymi gospodarzami, ale szybko, bo kierowca ze Snappa czeka na dole… I w drogę!
Piotrek dobrze, że miałeś nieprofesjonalny 😀 aparat bo z lustrem i milionem obiektywów miałbyś chyba problem. (paparazzi)